Szukaj

Linki

Statystyki

Dziś 5

Wczoraj 3

W tym tygodniu 36

W tym miesiącu 195

Wszystkie 30091

Piotr Czartoryski-Sziler

Nasz Dziennik, 10 luty 2010

Nie myślał, co się z nim stanie, gdy dołączył na ochotnika do deportowanych przez Sowietów mieszkańców Lwowa. Jedynym jego pragnieniem było nieść pociechę duchową rodakom na zesłaniu. Heroizm ks. Tadeusza Fedorowicza przypomina czyn rotmistrza Witolda Pileckiego, który dobrowolnie dostał się do niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz, by założyć wśród więźniów organizację konspiracyjną pod nazwą Związek Organizacji Wojskowej.

Noc z 9 na 10 lutego 1940 roku była dla lwowian początkiem koszmaru. Polacy od wieków zrośnięci z miastem, które od 1918 roku było symbolem walki o polskość, musieli nagle je opuścić. Sowieckie deportacje były częścią perfidnego planu depolonizacji Kresów Wschodnich, eliminacji polskich elit, by na ich miejsce wprowadzić nowego "sowieckiego człowieka" - bez tożsamości, bez korzeni, za to bez reszty oddanego ideologii komunistycznej.

Wyrwani niespodziewanie z domowego zacisza podczas wyjątkowo srogiej zimy musieli zostawić cały dorobek życia. Enkawudziści nie mieli litości. Kobiety, malutkie dzieci, niedołężni starcy, chorzy zapełnili stacje kolejowe. Potem przez kilka tygodni podróż w wagonach do przewozu bydła - o głodzie i chłodzie przebywali liczącą tysiące kilometrów drogę na północ - na Syberię.

Tragedia wywiezionych Polaków wywołała wielkie poruszenie we Lwowie, zaczęto organizować pomoc. Myślano przede wszystkim o dostarczeniu żywności, ciepłych ubrań - cóż mogli bowiem zabrać ze sobą, gdy dano im 15 minut na spakowanie się? Księdza Tadeusza Fedorowicza, wikarego w parafii św. Marii Magdaleny we Lwowie i dyrektora Domu Ubogich Miasta Lwowa, nurtowała jednak inna troska. Zdawał sobie sprawę, że deportowani Polacy, pozbawieni posługi kapłańskiej, w tym głównie sakramentów, będą zbyt słabi, by móc poradzić sobie z wrogą rzeczywistością. Postanowił więc, że gdy dojdzie do kolejnej deportacji, dołączy do wywożonych, by nie zostawiać ich bez opieki duchowej.

Miał 33 lata, czuł się gotowy stawić czoła nieznanej rzeczywistości - bo Chrystus prosił, by iść do ubogich i prześladowanych. "Gdy mu otworzyłam drzwi, uderzył mnie wyraz jego twarzy, spokojny, prawie radosny, nawet promienny jakby jakimś wewnętrznym szczęściem. Dziwny to był kontrast z otaczającym nas wówczas cierpieniem. 'Przyszedłem się pożegnać'. (...) Wiedziałam, że księża starają się wcisnąć do wagonów w chwili odjazdu na wschód, że strażnicy pilnują, by to uniemożliwić, ale że się czasem udaje. Mój gość (...) prosił o modlitwę, by mu się udało. Wyszedł, żegnając się z uśmiechem i blaskiem w oczach. Gdy zamknęłam za nim drzwi, miałam wrażenie, że smuga światła po nim pozostała" - odnotowała we "Wspomnieniach wojennych" Karolina Lanckorońska.

Ksiądz Fedorowicz udał się do ks. abp. Bolesława Twardowskiego, by prosić o zgodę na wyjazd. Dostał pozwolenie. Nie udało mu się jednak dołączyć do transportu podczas kolejnej fali deportacji w nocy z 13 na 14 kwietnia 1940 roku. Został aresztowany przez NKWD w domu swego proboszcza, ks. Włodzimierza Cieńskiego. Trafił do więzienia na Zamarstynowie, w którym spędził dwa tygodnie.

Zdany na wolę Bożą

Choć ks. Tadeusz Fedorowicz nie wiedział nawet, za co został zatrzymany, w pełni zaufał Bogu. "Pomyślałem, że skoro kameduli siedzą zamknięci w celach za kratami, to i ja mogę tę sytuację dobrowolnie zaakceptować. Gdy tak to sobie ułożyłem, stało mi się lekko i radośnie. Byłem wprost szczęśliwy" - wspominał po latach w "Drogach Opatrzności".

Wkrótce został zwolniony z więzienia i zamieszkał przy zakładzie dla umysłowo chorych w Kulparkowie pod Lwowem. Wciąż wierzył, że uda mu się spełnić pragnienie serca i dostać się do zesłanych na bezkresy Związku Sowieckiego Polaków. 28 czerwca 1940 roku, o godz. 5.00 rano, jak grom z jasnego nieba pada wiadomość, że Sowieci znów wywożą. Zrozumiał, że to jego dzień, że Bóg daje mu kolejną szansę. Chwycił walizeczkę, w której zapakował dwie butelki wina, hostie, mały mszalik, nieduży szklany kieliszek, mały korporał i puryfikaterz. Wziął trochę ubrań i godzinę później znalazł się przed jednym z wagonów pociągu odjeżdżającego na wschód.

Enkawudziście, który go legitymował, powiedział, że nazywa się Tadeusz Jackowski i jest prawnikiem z Krakowa. Wiele nie pytając, spisał go i kazał wsiadać do wagonu. Ksiądz Fedorowicz znalazł się wśród zdezorientowanych i przerażonych ludzi, on jeden był szczęśliwy i pogodzony z wolą Bożą. Od pierwszej chwili apostołował swoim spokojem i pogodą ducha.

Pociąg zatrzymywał się w różnych miejscowościach. Na stacji Hłuboczek pod Tarnopolem, gdzie przez rok ks. Fedorowicz przyjeżdżał odprawiać Msze Święte, rozpoznał go pewien kolejarz. Przeraził się, że Sowieci zabrali księdza, pobiegł po jakieś rzeczy dla niego. Jakież było zdziwienie ks. Fedorowicza, kiedy na kolejnym przystanku w Podwołoczyskach około godziny 4.00 nad ranem usłyszał nagle, jak ktoś chodzi od wagonu do wagonu i stłumionym głosem powtarza: "Fedorowicz, Fedorowicz". Zrozumiał, że kolejarz musiał już rozgłosić, iż wywożą księdza, i próbuje go teraz wydostać z pociągu. Przestraszył się, że jego misja służenia Polakom na zesłaniu może nie dojść do skutku. "Nie odezwałem się i pojechaliśmy dalej" - wspominał po latach.

Przy wyrębie lasu

Przez Wołoczyska, Kijów, Ufę, Penzę, Czelabińsk na Uralu, Kazań ks. Fedorowicz dotarł do Joszkar-Oły - stolicy Republiki Maryjskiej, położonej po europejskiej stronie Uralu. Stamtąd, już na samochodach ciężarowych, został wywieziony wraz z innymi w sam środek rozległej tajgi, gdzie znajdował się punkt eksploatacji lasów.

Na dużej polanie stały drewniane baraki. Odtąd miało w nich mieszkać 240 osób - 70 chrześcijan i 170 żydów. Księdza zakwaterowano w baraku z żydami. Choć zwracano się do niego "panie Tadeuszu", od razu większość współtowarzyszy niedoli poznała, że jest kapłanem. Z początku starał się nie potwierdzać tego faktu, szybko jednak przestał się kryć. Każdy dzień wypełniała mu ciężka praca przy wyrębie drzew, jego zwózce i spławianiu rzeką. Pomimo trudów nie tracił pogody ducha, przyjmując wszystko, co go spotykało, z pokorą. Zachwycał się przyrodą, jej surowym pięknem i majestatem.

Od początku pobytu w puszczy ks. Fedorowicz zaczął odprawiać Msze Święte. Najpierw uczestniczył w nich sam, później zapraszał po kilka zaufanych osób. W ukryciu przed enkawudzistami, pod pretekstem zbierania grzybów czy jagód, schodzili się na polance w lesie, gdzie na małym ołtarzyku z pnia drzewa ksiądz sprawował Najświętszą Ofiarę. "Uczestnicy Mszy Świętych siadali na zwalonych sosnach jak na ławkach. Było pięciu chłopaczków około dwunastoletnich. (...) Rozstawialiśmy ich między barakami a naszą 'kaplicą', aby pilnowali, czy ktoś nie zbliża się w naszym kierunku. W razie czego mieli wołać: 'O, jaki wielki czarny grzyb!', żebyśmy wiedzieli, że trzeba zamykać nasze zgromadzenie" - wspominał kapłan. Za kielich służył mu srebrny żydowski kieliszek, za patenę spodek od dziecięcej filiżanki. Gdy robiło się zimno, Msze św. odprawiane były w barakach, z zachowaniem wszelkiej ostrożności.

Kiedy 22 czerwca 1941 r. wybuchła wojna niemiecko-rosyjska, NKWD zaostrzyło rygory życia w tajdze. Jeszcze mocniej eksploatowano łagierników, częstsze były też kontrole w barakach. Po paru tygodniach ks. Fedorowicz wraz z innymi usłyszeli, że są wolni i mogą udać się, gdzie chcą, z wyjątkiem stolic republik i terenów na sto kilometrów od jakiejkolwiek granicy. Wtedy po raz pierwszy dowiedzieli się również, że na terenie Związku Sowieckiego tworzy się armia polska.

Ksiądz Tadeusz Fedorowicz udał się do Kazania, a stamtąd statkiem do Kujbyszewa i lądem do Buzułuku, gdzie mieścił się sztab armii gen. Władysława Andersa. Wstąpił do wojska i został kapelanem w randze kapitana. Odprawiał Msze św. nie tylko dla żołnierzy, ale także dla wszystkich, którzy docierali do Buzułuku transportem z północy.

Z Kazachstanu do Lasek

Kolejnym przystankiem na tułaczej drodze ks. Fedorowicza była Ałma Ata, stolica Kazachstanu. Następnie Usz Tobe i Semipałatyńsk, gdzie swoją posługą duszpasterską wspierał i umacniał wywiezione tam rodziny polskich oficerów i żołnierzy. Dzielił wszystkie trudy życia zesłańców. Na tych terenach w czerwcu, lipcu i połowie sierpnia temperatury sięgały do 50 st. C, zimą zaś do -50 st. C., ponadto grozę budziły zwłaszcza częste burany, czyli śnieżne zamiecie. Gdy się pojawiały, ludzie zaskoczeni przez buran niemal natychmiast zamarzali, nie mogąc znaleźć drogi do domu. Często brakowało opału - step kazachski jest bezleśny, więc do palenia w piecach używano kiziaku, czyli nawozu zmieszanego ze słomą i wodą. Wysuszone w lecie na słońcu kostki zastępowały drewno i węgiel.

W 1943 roku ks. Fedorowicz został aresztowany przez NKWD i na kilka miesięcy osadzony w więzieniu w Semipałatyńsku. Po odzyskaniu "wolności" powrócił do pracy wśród zesłańców. Tam właśnie poznała go pani Barbara Piotrowska-Dubik, autorka "Kwiatów na stepie", zesłana 13 kwietnia 1940 r. do Kazachstanu wraz z rodziną. Zapamiętała ks. Fedorowicza jako żarliwego kapłana i dobrego człowieka, zawsze uśmiechniętego i z poczuciem humoru. Razem z jej bratem piłował drzewo, zawsze jednak starał się go w tej pracy odciążyć. - Był uśmiechnięty i radosny, stale nas pocieszał. Spowiadał, urządzał potajemnie w chatach u Tatarów Msze św., na które schodziliśmy się pojedynczo, żeby nie budzić podejrzeń - wspomina pani Barbara.

Gdy okazało się, że nie wszyscy Polacy zdążą opuścić Związek Sowiecki razem z armią gen. Andersa, ks. Fedorowicz postanowił zostać, by dalej służyć zesłańcom. Do Polski wrócił dopiero w 1944 roku jako kapelan sformowanej w Sumach 4. Dywizji armii Berlinga. Na zaproszenie Sługi Bożego ks. Władysława Korniłowicza podjął pracę w ośrodku dla ociemniałych w Laskach pod Warszawą. Zasłynął jako organizator Krajowego Duszpasterstwa Niewidomych i wspaniały rekolekcjonista, wspierający duchowo środowiska katolickie w działaniach opozycyjnych względem PRL. Był cenionym spowiednikiem ludzi młodych oraz regularnym spowiednikiem Ojca Świętego Jana Pawła II, z którym przyjaźnił się jeszcze przed pontyfikatem. Zmarł 26 czerwca 2002 roku w Laskach i został pochowany na tamtejszym cmentarzu.

Do końca swoich dni pozostał pełen miłości i zrozumienia dla każdego człowieka, którego Pan Bóg postawił na jego drodze. - Jego nadzwyczajność wyrażała się w niezwykłej zwyczajności. Zawsze był autentyczny, nikogo nie udawał. To, co wyrażał, było tak czytelne, że nie było wątpliwości, iż tak myśli. Miał niesamowite poczucie humoru. Był osobą bardzo pogodną, lekarze nazywali go wręcz dysymulantem, ponieważ zaprzeczał objawom, które ewidentnie występowały i nie mogły przebiegać bez dolegliwości bólowych - mówi siostra Anita Harasim ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża, która w Laskach jako pielęgniarka opiekowała się przez ostatnie lata życia ks. Fedorowiczem. - Każdy, kto przychodził do księdza Tadeusza do pokoju, był dla niego osobą oczekiwaną i w tym momencie najważniejszą - dodaje siostra.
Swoim życiem ks. Tadeusz Fedorowicz dał świadectwo człowieczeństwa i bezkompromisowego zawierzenia Opatrzności w najbardziej nieludzkich okolicznościach. Łączył chrześcijański optymizm z niebywałą otwartością duchową. To sprawiło, że był "pełnym mądrości kierownikiem duchowym wielu poszukujących doskonałości chrześcijańskiej", jak podkreślił po jego śmierci w telegramie do matki Noemi Wróbel z klasztoru Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża w Laskach Ojciec Święty Jan Paweł II. Rok wcześniej, w homilii wygłoszonej w Kazachstanie, Papież nazwał go wynalazcą nowego rodzaju duszpasterstwa - duszpasterstwa deportowanych.

Piotr Czartoryski-Sziler

© 2010-2017 Tworzenie stron internetowych w Joomla - Poznań - solmedia